wtorek, 6 listopada 2012

W co tak naprawdę wierzy Tomasz Polak (dawniej: Węcławski)?

Na poznańskich stronach GazWyb-u profesor Tomasz Polak, który kilka lat temu spektakularnie zrzucił sutannę dla pewnej magister, żali się na poznańskie elity. Życie z panią Polak chyba jednak do najszczęśliwszych nie należy, gdyż pan Polak na wszystkich zdjęciach jest dojmująco smutny tak, jakby oczekiwany cud okazał się jednak wielkim rozczarowaniem.
Jego żal do poznańskich elit sprowadza się w istocie do żalu, że Ruch Podtarcia Palikota nie wziął jeszcze szturmem Rady Miasta, a pseudo-anarchiści z Rozbratu nie dostają dotacji z miejskiej kasy na swoje lewackie wygibasy. Najogólniej Polak chce pokazać, że jest "anty" i "kontra", ale jak zwykle jego wywody są mętne i płytkie.

Profesor dał się sfotografować dziennikarzowi na tle swojego gabinetu w słynnej Pracowni Pytań Granicznych, która co semestr oferuje studentom UAM-u sporą dawkę lewactwa w czystej postaci (m.in. kursy z islamofobii, feminizmu islamskiego czy też innych narracji). Warto tu przypomnieć, że nim ks. Węcławski zdecydował się zostać Tomaszem Polakiem przygotował sobie wygodną posadę szefa Pracowni. Moim zdaniem ostatnie miesiące przed porzuceniem kapłaństwa cały czas wstrzymywał swoją decyzję tak długo, aż upewnił się, że znajdzie miękkie lądowanie w Pracowni. Wówczas zaczął otwarcie głosić swoje herezje, co czynił wyjątkowo cynicznie, gdyż już wówczas wiedział, że nie chce być członkiem Kościoła. Dziś Polak żali się na poznańskie elity, ale to właśnie one dają mu pieniądze na jego żałosne lewackie bełkot i zapraszają na różnego rodzaju spotkania.

W ten sposób Tomasz Polak ukazał prawdziwe oblicze "ludzkiej kondycji" - ludzie tracą dziś wiarę w Boga, wiarę w dobro, ale wiara w państwo jest dla nich najważniejsza. Teraz gdy porzucił sutannę i zaczął głosić, że Jezus z Nazaretu nie był Bogiem, oddaje cześć najważniejszemu z bóstw współczesności: Lewiatanowi. Jego nowy bożek przynosi przecież co miesiąc wypłatę i jest tolerancyjny dla wszystkich jego aberracji. Tomasz Polak tak naprawdę wierzy jedynie w państwo.

czwartek, 9 sierpnia 2012

Mowa nienawiści

Dziennikarze TVN24 zrobili reportaż o policjancie z Pasłęka, którego twarz została wykorzystana do tysięcy głupich i chamskich obrazków zamieszczanych w sieci. (Reportaż dostępny tutaj)


Żałosne jest to, że państwo uniemożliwia ściganie ludzi kradnących cudze dane bez ich zgody. W zamian państwowy prokurator generalny woli ścigać "mowę nienawiści" (co to u licha jest?). W mediach już trwa kampania na rzecz nowej ustawy, której celem będzie zamykanie ust osobom rozpowszechniającym treści niewygodne dla władzy. Jako przykład niech posłuży następujący materiał: (Grażyna Żarko)

Wszystkim przeciwnikom IP polecam ten właśnie przypadek do rozważania. Facet pracuje gdzieś (w tym wypadku nie ważne, ze dla Lewiatana), a jego firma zamieszcza jego zdjęcie na stronie. Plik należy do firmy, a ta udostępnia go w Internecie. Ale przez udostępnienie w Internecie prawo własności się nie zmienia. Właściciel ma prawo zażądać, aby nikt nie kopiował jego zdjęcia bez jego zgody.
Gdyby policjant był bogaty, jego prawnicy skutecznie zablokowaliby rozpowszechnianie głupich zdjęć, ale ponieważ jest biedny i z miasteczka na Mazurach, państwo go olewa. Ochrona danych w Internecie działa jedynie dla najbogatszych, bo za egzekucję prawa odpowiada państwo, najbardziej kiepska firma z możliwych. Zwyczajnie nie stać jej na to, aby zatrudnić ludzi i sprzęt do ścigania setek (milionów?) przypadków naruszenia własności nośników twórczości intelektualnej. W zamian proponuje inwigilacyjne monstra w rodzaju ACTA, które sprawiają, że piraci zyskują społeczną akceptację i wciąż czują się bezkarnie. 

Czas sprywatyzować usługi sądownicze i policyjne, a niewinni ludzie nie będą upokarzani.

poniedziałek, 16 lipca 2012

Smoleńsk to nie był wypadek

Całkiem niedawno byłem na dworcu Bydgoszcz Główna, gdzie czas stoi w miejscu jakby bardziej intensywnie. Znam ten dworzec od ponad dwudziestu lat i nie zmienia się na nim nic, dosłownie nic.
No, może poza telewizorami na peronach, gdzie ludożerka może sobie pooglądać TVN24.

Do pociągu było jakieś 15-20 minut, więc zdążyłem obejrzeć pewien arcy-ciekawy reportażyk, który mogli nakręcić tylko i wyłącznie propagandziści z TVN-u. Temat: najbardziej spektakularne wydarzenia w telewizji w historii. W USA zrobiono badania i wyszło, że najbardziej ludziom w pamięci zapadł obraz ataku na WTC, huraganu Katrina itd.
Kłamcy z TVN24 postanowili więc opracować swój własny ranking, przy tworzeniu którego nie posłużyli się żadnymi badaniami opinii publicznej. Żadnej próby badawczej, żadnej informacji o czasie trwania badania, nic. TVN-owskie nic.

Na pierwszym miejscu: Euro 2012, na drugim Madzia z Sosnowca, a na trzecim: WYPADEK w Smoleńsku.
Zaraz, zaraz; jak powiedzieliście?
W teorię zamachu nie wierzę, wiele razy dawałem wyraz swojej frustracji religią smoleńską i sposobem, w jaki wykorzystuje się tamto wydarzenie do walki politycznej (http://pobozny-socjalizm.blogspot.com/search/label/Smole%C5%84sk), ale, kłamcy, to na pewno nie był WYPADEK.
Wypadek to miał mój tata, jak wpadł w poślizg i stuknął w drzewo. Wypadek miała moja znajoma, gdy wpadł na nią inny samochód. W wypadku może zginąć nawet kilka osób, ale gdy ginie ich prawie 90 osób to już jest katastrofa.
Tak, katastrofa. Bez względu na to, czy ginie w nim wróg polityczny, czy przyjaciel, przy takiej skali śmierci mówienie o Smoleńsku jako o wypadku to zwykła niegodziwość.

czwartek, 24 maja 2012

"Bezstronni" naukowcy dekonstruują libertarianizm

Wczoraj byłem w Olsztynie na konferencji "W prawo, w lewo czy na przekór" (info tutaj), na której omówione miały zostać idee anarchistyczne i libertariańskie. Na całej konferencji być niestety nie mogłem, lecz w tym miejscu chciałbym jeszcze raz podziękować Panu Arturowi Sobieli, organizatorowi konferencji, za zaproszenie mnie na nią i za możliwość opowiedzenia o moim e-booku "A priori sprawiedliwości. Libertariańska teoria prawa" (dostępna tutaj).
Na sali zebrało się ok. 20 osób - czyli poza paroma studentami w zasadzie wszyscy ci, którzy za udział w niej dostali honorarium. Młodzież ani profesura nie lubi dyskusji o zmianie status quo, o wiele ciekawsze jest wszak pisanie wniosków o dotacje z Unii albo z nich korzystanie.
Po zaprezentowaniu mojego referatu przyszedł czas na dyskusję, która rozpoczęła się dosyć kulturalnie. Pewien student zapytał mnie o praktykę wymierzania kar w wolnym społeczeństwie. Jednakże wkrótce zostałem poddany przez zebranych na sali podatkożernych filozofów gruntownej "dekonstrukcji". Płachtą na byka okazały się najwyraźniej takie stwierdzenia, jak: "absolutnie obowiązujący", "niepowątpiewalny" lub "niepodważalny", gdyż moi dysputanci byli rozjuszeni niczym młode buhaje. Prym wiódł tu niejaki Janusz Waluszko, ponoć weteran anarchizmu lewicowego, który dosłownie zmiótł mnie z powierzchni ziemi sugestią, że etyka powinna obowiązywać także zwierzęta oraz wszelkie biologiczne życie (a nawet stoły, jak później powiedział). Ów osobnik był na tyle oddany idei anarchizmu lewicowego, że nie pozwalał mi nawet skończyć żadnego zdania (Narzekam na prawicę, ale przekonuję się, że lewactwo to naprawdę ciężkie schorzenie). Z kolei inny studencina stwierdził po uniwersytecku, że niektórzy nie mają ciał, bo są mistykami i był z siebie nad wyraz zadowolony. Inna Pani doktor stwierdziła później wspaniałomyślnie, że moja teoria przywłaszczenia jest "śmieszna", ale niestety umiała powiedzieć czemu. W ramach filozoficznej dekonstrukcji teorii libertariańskiej, która odbyła się po moim referacie usłyszeć można było niezwykle naukowe cmokania wyrażające dezaprobatę, śmiechy, epitety w stylu: "libertariańce" oraz inne gesty świadczące o tym, że znaleźliśmy się w miejscu poświęconym rzeczowej naukowej debacie.
Podatkożerni filozofowie, z którymi spotkałem się w Olsztynie, są na pewno świetni w dekonstrukcji, czyli cynicznym odrzucaniu wszelkiego, co racjonalne, ale największy ich problem jest taki, że sami nie potrafią zaproponować niczego w zamian. Dopóki będą na utrzymaniu państwa, to będzie ich ulubiona rozrywka.
Ostatecznie jednak nie powinienem się dziwić, gdyż konferencja była przede wszystkim o anarchizmie, czyli o chorej idei odrzucenia własności i zasad moralności, a nie o libertarianizmie - idei ładu opartego na prawie własności i absolutnie obowiązującym kodeksie etycznym. Uniwersyteccy humaniści nigdy jednak libertarianizmu nie wezmą na poważnie, bo jeszcze, o zgrozo, doszliby do wniosku, że nie powinni pracować w miejscu, które zapewnia im tyle satysfakcji z bycia intelektualistami.

niedziela, 29 kwietnia 2012

Hennelowa jednak żyje i wciąż straszy

"Tygodnika Powszechnego" nie miałem w ręku od lat i tą udaną passę chciałbym podtrzymać jak najdłużej, lecz dziś zajrzałem na jego stronę internetową, aby zobaczyć, kto dziś pastwi się nad "zaściankowym, ludowym, polskim katolicyzmem" i prowadzi dialog z odrzuconymi przez "polski nacjonalizm". Co jakiś czas w środowisku tym następuje przecież zmiana warty i byłem zwyczajnie ciekawy, kto obecnie odgrywa rolę kapelana polskiej lewicy.
Środowisko "Tygodnika Powszechnego" po 1989 roku ma to do siebie, że służy przede wszystkim jako odskocznia. Tak samo jak Kasia Cichopek grała (a może jeszcze gra?) w "M jak miłość" tylko po to, żeby się ludożerka opatrzała z jej obliczem i chciała ją później widzieć wszędzie, "w książce, w szkole", tak też w gazecie tej terminowali kiedyś (nawet jednocześnie) Janusz Palikot i Wojciech Wencel. Pierwszy z nich dostał anty-kościelnego, lewackiego odpału, a drugi zachorował na Smoleńsk. W "Tygodniku" nie liczy się bowiem to, co piszesz, ale czy jesteś humanistycznym celebrytą. To gazeta, w której piszą tylko grube szychy: rektorzy, profesorzy, szefowie fundacji, parlamentarzyści, poczytni pisarze, dziennikarze telewizyjni. Ich poglądy są ze sobą skrajnie sprzeczne, a oni sami mogą (i najczęściej mają) niewiele do powiedzenia, ale nie o to chodzi. Przede wszystkim liczy się samo pisywanie, które odbierane jest jako bywanie w świecie wysokiej podatkowej kultury - całość finansuje wszak MKiDN.
Szukałem wprawdzie nowych twarzy, ale znalazłem przede wszystkim stare. Nawet bardzo stare. W dziale felietonów znajoma twarz - toż to pani Józefa! Zdjęcie na czarnym tle, chyba jej się umarło - myślę sobie. Czytam jednak - ona wciąż żyje i pisze! Jakbym trupa zobaczył.
Czasami sobie myślę, że może ten cały "Tygodnik Powszechny" to rodzaj zasiłku emerytalnego dla Hennelowej i ks. Adama?
Jak zwykle pani Józefa zdradza objawy najdalej posuniętej wrażliwości społecznej. Tym razem nie chodzi o kotka, który nie potrafił zejść z drzewa ani o dręczone przez dżokejów konie wyścigowe, lecz o kobietę, której zabrano dany przez pomyłkę zasiłek. Hennelowa, tak samo jak zawsze, spłyca problem do braku ludzkiej wrażliwości i tego, że jesteśmy dla siebie niczym wilcy. A co z samym systemem zasiłków?A co z samym państwem, które pieniądze na te zasiłki musi wpierw komuś skraść?
Zamykam stronę TP czym prędzej, jeszcze jakiś Palikot z niej wyskoczy.

czwartek, 12 kwietnia 2012

Dzień z życia Magdy Ś.


Obudziła się późno, bo było już po ósmej, a przecież o 10.30 powinna być na uniwersytecie, by poprowadzić ze studentami zajęcia o męskim szowinizmie. Wczoraj był jednak pracowity dzień – Kongres Kobiet, manifa pod Pałacem, wywiady dla prasy i telewizji, a potem przyjęcie u Joli Kwaśniewskiej i teraz nawet nie pamiętała, o której wróciła do domu.
Ze skrzynki na listy wystawało opasłe, poniedziałkowe wydanie „Gazety Wyborczej” oraz nowe „Fakty i mity”. „A gdzie nowe 'NIE'?” - pomyślała. „Ten listonosz pewnie wczoraj znów tak się modlił w kościele, że zapomniał dziś przyjść do pracy!”. Ze złością zatrzasnęła drzwi i ujrzała wiszący na ścianie kalendarz. „A, faktycznie. Przecież w środę wychodzi”.
Przygotowując poranną kawę, włączyła laptopa, aby sprawdzić pocztę. W skrzynce czekały już dwa listy otwarte do podpisania: w obronie żab zajeżdżanych przez samochody na Podlasiu oraz przeciwko narastającemu w Polsce prawicowemu faszyzmowi. Jak zawsze w poniedziałek, przyszły biuletyny informacyjne z atheist.org oraz z anti-church.com, ale nie miała ich teraz czasu przejrzeć. Na Facebooku dostała zaproszenie do grupy „Kościół katolicki to zło” i natychmiast je przyjęła. Gdy już chciała zamykać komputer, przyszedł właśnie mail z „Tygodnika Powszechnego” z zaproszeniem na panel dyskusyjny na temat przyszłości polskiego Kościoła, ale po dwóch podobnych dyskusjach w zeszłym miesiącu powiedziała sobie, że nawet ona czuje się nimi znużona.
Na kuchence gotowała się właśnie jej wegetariańska potrawa, a ekspres do kawy zamigotał na znak, że można już go użyć. Magda Ś. podeszła więc do niego z ulubioną filiżanką, którą dostała niegdyś od Roberta Biedronia na imieniny i nacisnęła przycisk nalewania kawy. Do pojemnika zdążyły już wlecieć pierwsze krople gorącego napoju, gdy nagle z dworu zaczął dobiegać dźwięk dzwonu z pobliskiego kościoła. Dłonie Magdy Ś. zaczęły nagle drżeć, a potem usta i cała głowa. Dzwony biły jak zawsze o dziewiątej, lecz każdego dnia wzbudzały w niej to samo, okrutne uczucie. Próbowała wszystkiego: zatykała uszy serem, zakładała na uszy walkmana, ale dudnienie dzwonów było dla niej okropne niczym głos księdza wygłaszającego w kościele kazanie.
Dźwięk dzwonów ustał, lecz Magda Ś. nadal była podenerwowana. Nawet nie zauważyła, jak kawa z filiżanki przelała się przez jej brzegi i rozlała na podłogę. „Nie zetrę tego!” - pomyślała w duchu. „Nie dam się zepchnąć do odgrywania roli sprzątaczki, podczas gdy mężczyźni będą zbierać laury za swoje dokonania w nauce i biznesie!”. W tym momencie zadzwoniła leżąca na stole komórka i na wyświetlaczu pojawił się napis: SPRZĄTACZ. Magda Ś. podniosła aparat i rzuciła szybko: „Bardzo dziękuję Panie Heniu, całe mieszkanie jest naprawdę czyste. Proszę przyjść jutro, na pewno zdąży się nabrudzić”. Pan Heniu pokornie zgodził się, pożegnał i odłożył słuchawkę. „I tacy powinni być mężczyźni” - mruknęła pod nosem Magda Ś., a na jej ustach pojawił się delikatny uśmiech satysfakcji.
Czas leciał nieubłaganie i trzeba było wychodzić z domu. Już po kilku minutach samochód Magdaleny Ś. sunął po ulicach stolicy w kierunku centrum. Postój na pierwszych światłach znacznie się wydłużył, gdyż były tuż przy szkole podstawowej. W sporej grupce dzieci, które przechodziły ulicą zobaczyła kilkoro, które niosło na plecach ogromnych rozmiarów plecaki, wyglądając niczym mrówki. „Gdyby pozwolono wreszcie na aborcję bez ograniczeń, te biedne dzieci nie musiałyby teraz dźwigać takich ciężarów. Ale ta mafia biskupów woli oczywiście patrzeć, jak dzieciom krzywią się kręgosłupy”.
Światło zmieniło się na zielone i kolumna samochodów ruszyła powoli naprzód. Magda Ś. skręciła jednak w boczną uliczkę, dzięki której omijała co najmniej dwa zatłoczone skrzyżowania. Codziennie problemem pozostawało ponowne włączenie się w ruch na drogę z pierwszeństwem przejazdu. Tego dnia los się do niej uśmiechnął i niemal natychmiastowo po zasygnalizowaniu chęci włączenia się w ruch pewien inny kierowca zwolnił i szerokim gestem ręki pokazał chęć przepuszczenia jej. Magda Ś. miała już chwycić za drążek zmiany biegów, gdy nagle z wrażenia omal nie pękła jej żyłka na skroni. Za kierownicą auta, które chciało ją przepuścić siedział ksiądz, a jego koloratka odbijała światło słońca wprost w jej oczy. „Po moim trupie!” - wrzasnęła do samej siebie i manifestacyjnie odwróciła wzrok. Już po chwili odezwały się klaksony samochodów stojących w korku za autem księdza. Magda Ś. była jednak nieugięta. Po chwili spostrzegła jednak, że z kabiny przepuszczającego ja auta ktoś intensywnie do niej macha. Ugięła się, spojrzała i jej oczom ukazał się widok jeszcze gorszy niż poprzednio: na siedzeniu pasażera siedział Tomasz Terlikowski, który przyjaznym gestem, najprawdopodobniej nie poznając Magdy Ś. dzięki lekko przyciemnionym szybom, zapraszał ją do włączenia się w ruch. Ostatecznie nie wytrzymała i z piskiem opon ruszyła do przodu, a chcąc okazać swą wściekłość, otworzyła mimo jesiennego chłodu okna swego auta i włączyła na cały regulator radio Tok FM, gdzie Jacek Żakowski zaprosił akurat Adama Szostkiewicza na dyskusję na temat buddyzmu.
W radiowym serwisie informacyjnym przedstawiono wyniki raportu na temat budowy autostrad. Magda Ś. uspokoiła się już wtedy i zamyśliła nad przyczynami tak kiepskiego ich stanu. „Wszystko to przez katechezę w szkolę” - pomyślała. „Księża uczą dzieci przemocy, bo przecież katolicyzm zachęca mężów do bicia żon. W domu są tyranami; tam się wyżywają, a w pracy nie mają już siły pracować i dlatego nic nie wychodzi. Dlatego nie spocznę, aż to kobiety zaczną wreszcie pracować, a mężczyźni zostaną w domu i będą karmić piersią dzieci!”.
Eter opróżnił się już z Jacka Żakowskiego, a na antenie ulubionego radia Magdy Ś. pojawił się jej ulubiony utwór: „Imagine” Johna Lennona. Trasę na uniwersytet znała na pamięć, więc mogła teraz wyluzować się przez moment i zaczęła śpiewać tekst ukochanej piosenki. Przechodnie ze zdumieniem patrzyli, jak w pewnym momencie prowadziła auto z zamkniętymi oczami, śpiewając na głos: „ … and no religion, too!”.
Z błogostanu wytrącił ją nagle dzwonek tramwaju, w który niemal uderzyła. Tramwajarz pokazał jej gestem, co myśli o jej inteligencji, a Magda Ś. nie pozostała mu dłużna odkrzykując na cały głos: „Ty endeku! Ty faszysto!”. Zawsze, gdy używała tych inwektyw czuła w duszy pewne ukojenie. Tym razem była jednak bardziej szczęśliwa, gdyż w kabinie tramwajarza zobaczyła powieszony różaniec. Rzuciła więc na odchodne: „Katolicki kraj, a Auschwitz zbudowali!”.
Po chwili była już na terenie uniwersytetu. W drzwiach budynku swojego wydziału spotkała Tadeusza Bartosia, z którym przybiła sobie piątkę, wpadła na moment do instytutu Gender Studies, a potem podążyła już na swój wykład. Pod salą czekało już stado częściowo ogolonych na łyso i ubranych po męsku „buntowniczek”, które po nagrodzeniem jej wykładu owacją na stojąco udały się do pobliskiego lokalu, gdzie mogły przy piwie porzucać rzutkami w ustawionego pod ścianą tekturowego księdza.

środa, 28 marca 2012

Rozmowy przy budce z piwem, czyli debata "mędrców" w "Polityce"

"Polityka" znów wyemitowała swoją książeczkę dla myślących inaczej. W nowym "Niezbędniku inteligenta" przeczytamy po raz n-ty o tym, że kapitalizm przegrał, że wolny rynek znów zawiódł, że czas na nowe rozwiązania, itd. Autorem tekstów jest nowa gwiazdka komuszego organu, czyli Wawrzyniec Smoczyński. Z wykształcenia jest on egiptologiem, co zresztą nie dziwi, jeśli zauważymy, że konsekwencją wprowadzenia w życie jego poglądów gospodarczych byłoby cofnięcie się ludzkości do epoki faraonów.
Swoją drogą, Smoczyński powoli skrobie marchewki Żakowskiemu, który w "Niezbędniku" był zawsze postacią numer jeden. Czyżby następowała historyczna zmiana warty?
Ale wróćmy do tematu. Debata z Kwaśniewskim o przyszłości kapitalizmu - a czemu Jaruzela od razu nie zaprosili? Kwachu nie robi jednak siary i ucieka w globalizację. Sprośnie robi się za to, gdy Vincent-Rostowski stwierdza, że kapitalizm jest z natury kryzysogenny. Po chwili stwierdza jednak, że obecny kryzys nie byłby tak silny, gdyby Greenspan pozwalał wcześniej na mniejsze kryzysy. Zaraz, zaraz... Skoro kryzysy to wada wrodzona kapitalizmu, to co miał przy nich do gadania Greenspan? Musimy się zdecydować: albo kryzysy wywołuje kapitalizm albo Greenspan. Spokojnie, czytelnicy "Polityki" nie należą do myślących dogłębnie i w takie szczegóły nie musimy tu wnikać.
Chwilę potem Marek Belka dorzuca, że "Błąd tkwił w tradycyjnej ekonomii głównego nurtu, która opierała się na micie homo economicus, pełnej racjonalności ekonomicznej człowieka." Problem w tym, że ekonomia głównego nurtu nie jest ekonomią wolnego rynku - potwierdzi to każdy obeznany w temacie przyzwoity człowiek. Czy ktoś zaoponował, czy ktoś się sprzeciwił?
Mało brakowało, a Belka rozpocząłby lewacką tyradę przeciwko "neoliberalizmowi", który zawiódł, który przyniósł kryzys, który stał się religią ekonomistów. Czasami już mu się tak zdarzało.
Nie łudzę się, że państwo może dobrze funkcjonować - nawet gdyby rządził nim najbardziej zdeklarowany liberał gospodarczy zwyczajnie nie działa. Ale jeśli szef NBP i minister finansów prześcigają się w krytyce wolnego rynku, powodów do pesymizmu jakby przybywa.

wtorek, 27 marca 2012

Wreszcie jest - najbardziej wyczekiwany blog roku! ;)

Kilka osób zarzuciło mi już, że niepotrzebnie skupiam się na prawicy, a to przecież lewica powinna być łajana. Prawica jest przynajmniej pobożna, a lewactwo to ateiści, komuniści i wykolejeńcy intelektualni. Zgoda.
Od dzisiaj zacznę więc wypisywać kąśliwe uwagi pod adresem lewicy, ale postanowiłem sobie, że nigdy nie popełnię następujących grzechów powszednich prawicowych socjalistów:
- nie będę napiętnował za lekceważenie Smoleńska;
- nie będę obstawał przy twierdzeniu, że tylko lewica to socjaliści;
- nie będę nawoływał do "wzięcia tego całego lewactwa za mordę";
- nie będę krytykował lewicy za branie kasy z państwa na X, gdy można było dać na Y;
- nie będę krytykował lewicy za chęć rozdzielenia państwa od Kościoła;
Ale to tyle na razie. Teraz muszę zadbać o szatę graficzną, bo póki co jest mało interesująco.