niedziela, 29 kwietnia 2012

Hennelowa jednak żyje i wciąż straszy

"Tygodnika Powszechnego" nie miałem w ręku od lat i tą udaną passę chciałbym podtrzymać jak najdłużej, lecz dziś zajrzałem na jego stronę internetową, aby zobaczyć, kto dziś pastwi się nad "zaściankowym, ludowym, polskim katolicyzmem" i prowadzi dialog z odrzuconymi przez "polski nacjonalizm". Co jakiś czas w środowisku tym następuje przecież zmiana warty i byłem zwyczajnie ciekawy, kto obecnie odgrywa rolę kapelana polskiej lewicy.
Środowisko "Tygodnika Powszechnego" po 1989 roku ma to do siebie, że służy przede wszystkim jako odskocznia. Tak samo jak Kasia Cichopek grała (a może jeszcze gra?) w "M jak miłość" tylko po to, żeby się ludożerka opatrzała z jej obliczem i chciała ją później widzieć wszędzie, "w książce, w szkole", tak też w gazecie tej terminowali kiedyś (nawet jednocześnie) Janusz Palikot i Wojciech Wencel. Pierwszy z nich dostał anty-kościelnego, lewackiego odpału, a drugi zachorował na Smoleńsk. W "Tygodniku" nie liczy się bowiem to, co piszesz, ale czy jesteś humanistycznym celebrytą. To gazeta, w której piszą tylko grube szychy: rektorzy, profesorzy, szefowie fundacji, parlamentarzyści, poczytni pisarze, dziennikarze telewizyjni. Ich poglądy są ze sobą skrajnie sprzeczne, a oni sami mogą (i najczęściej mają) niewiele do powiedzenia, ale nie o to chodzi. Przede wszystkim liczy się samo pisywanie, które odbierane jest jako bywanie w świecie wysokiej podatkowej kultury - całość finansuje wszak MKiDN.
Szukałem wprawdzie nowych twarzy, ale znalazłem przede wszystkim stare. Nawet bardzo stare. W dziale felietonów znajoma twarz - toż to pani Józefa! Zdjęcie na czarnym tle, chyba jej się umarło - myślę sobie. Czytam jednak - ona wciąż żyje i pisze! Jakbym trupa zobaczył.
Czasami sobie myślę, że może ten cały "Tygodnik Powszechny" to rodzaj zasiłku emerytalnego dla Hennelowej i ks. Adama?
Jak zwykle pani Józefa zdradza objawy najdalej posuniętej wrażliwości społecznej. Tym razem nie chodzi o kotka, który nie potrafił zejść z drzewa ani o dręczone przez dżokejów konie wyścigowe, lecz o kobietę, której zabrano dany przez pomyłkę zasiłek. Hennelowa, tak samo jak zawsze, spłyca problem do braku ludzkiej wrażliwości i tego, że jesteśmy dla siebie niczym wilcy. A co z samym systemem zasiłków?A co z samym państwem, które pieniądze na te zasiłki musi wpierw komuś skraść?
Zamykam stronę TP czym prędzej, jeszcze jakiś Palikot z niej wyskoczy.

czwartek, 12 kwietnia 2012

Dzień z życia Magdy Ś.


Obudziła się późno, bo było już po ósmej, a przecież o 10.30 powinna być na uniwersytecie, by poprowadzić ze studentami zajęcia o męskim szowinizmie. Wczoraj był jednak pracowity dzień – Kongres Kobiet, manifa pod Pałacem, wywiady dla prasy i telewizji, a potem przyjęcie u Joli Kwaśniewskiej i teraz nawet nie pamiętała, o której wróciła do domu.
Ze skrzynki na listy wystawało opasłe, poniedziałkowe wydanie „Gazety Wyborczej” oraz nowe „Fakty i mity”. „A gdzie nowe 'NIE'?” - pomyślała. „Ten listonosz pewnie wczoraj znów tak się modlił w kościele, że zapomniał dziś przyjść do pracy!”. Ze złością zatrzasnęła drzwi i ujrzała wiszący na ścianie kalendarz. „A, faktycznie. Przecież w środę wychodzi”.
Przygotowując poranną kawę, włączyła laptopa, aby sprawdzić pocztę. W skrzynce czekały już dwa listy otwarte do podpisania: w obronie żab zajeżdżanych przez samochody na Podlasiu oraz przeciwko narastającemu w Polsce prawicowemu faszyzmowi. Jak zawsze w poniedziałek, przyszły biuletyny informacyjne z atheist.org oraz z anti-church.com, ale nie miała ich teraz czasu przejrzeć. Na Facebooku dostała zaproszenie do grupy „Kościół katolicki to zło” i natychmiast je przyjęła. Gdy już chciała zamykać komputer, przyszedł właśnie mail z „Tygodnika Powszechnego” z zaproszeniem na panel dyskusyjny na temat przyszłości polskiego Kościoła, ale po dwóch podobnych dyskusjach w zeszłym miesiącu powiedziała sobie, że nawet ona czuje się nimi znużona.
Na kuchence gotowała się właśnie jej wegetariańska potrawa, a ekspres do kawy zamigotał na znak, że można już go użyć. Magda Ś. podeszła więc do niego z ulubioną filiżanką, którą dostała niegdyś od Roberta Biedronia na imieniny i nacisnęła przycisk nalewania kawy. Do pojemnika zdążyły już wlecieć pierwsze krople gorącego napoju, gdy nagle z dworu zaczął dobiegać dźwięk dzwonu z pobliskiego kościoła. Dłonie Magdy Ś. zaczęły nagle drżeć, a potem usta i cała głowa. Dzwony biły jak zawsze o dziewiątej, lecz każdego dnia wzbudzały w niej to samo, okrutne uczucie. Próbowała wszystkiego: zatykała uszy serem, zakładała na uszy walkmana, ale dudnienie dzwonów było dla niej okropne niczym głos księdza wygłaszającego w kościele kazanie.
Dźwięk dzwonów ustał, lecz Magda Ś. nadal była podenerwowana. Nawet nie zauważyła, jak kawa z filiżanki przelała się przez jej brzegi i rozlała na podłogę. „Nie zetrę tego!” - pomyślała w duchu. „Nie dam się zepchnąć do odgrywania roli sprzątaczki, podczas gdy mężczyźni będą zbierać laury za swoje dokonania w nauce i biznesie!”. W tym momencie zadzwoniła leżąca na stole komórka i na wyświetlaczu pojawił się napis: SPRZĄTACZ. Magda Ś. podniosła aparat i rzuciła szybko: „Bardzo dziękuję Panie Heniu, całe mieszkanie jest naprawdę czyste. Proszę przyjść jutro, na pewno zdąży się nabrudzić”. Pan Heniu pokornie zgodził się, pożegnał i odłożył słuchawkę. „I tacy powinni być mężczyźni” - mruknęła pod nosem Magda Ś., a na jej ustach pojawił się delikatny uśmiech satysfakcji.
Czas leciał nieubłaganie i trzeba było wychodzić z domu. Już po kilku minutach samochód Magdaleny Ś. sunął po ulicach stolicy w kierunku centrum. Postój na pierwszych światłach znacznie się wydłużył, gdyż były tuż przy szkole podstawowej. W sporej grupce dzieci, które przechodziły ulicą zobaczyła kilkoro, które niosło na plecach ogromnych rozmiarów plecaki, wyglądając niczym mrówki. „Gdyby pozwolono wreszcie na aborcję bez ograniczeń, te biedne dzieci nie musiałyby teraz dźwigać takich ciężarów. Ale ta mafia biskupów woli oczywiście patrzeć, jak dzieciom krzywią się kręgosłupy”.
Światło zmieniło się na zielone i kolumna samochodów ruszyła powoli naprzód. Magda Ś. skręciła jednak w boczną uliczkę, dzięki której omijała co najmniej dwa zatłoczone skrzyżowania. Codziennie problemem pozostawało ponowne włączenie się w ruch na drogę z pierwszeństwem przejazdu. Tego dnia los się do niej uśmiechnął i niemal natychmiastowo po zasygnalizowaniu chęci włączenia się w ruch pewien inny kierowca zwolnił i szerokim gestem ręki pokazał chęć przepuszczenia jej. Magda Ś. miała już chwycić za drążek zmiany biegów, gdy nagle z wrażenia omal nie pękła jej żyłka na skroni. Za kierownicą auta, które chciało ją przepuścić siedział ksiądz, a jego koloratka odbijała światło słońca wprost w jej oczy. „Po moim trupie!” - wrzasnęła do samej siebie i manifestacyjnie odwróciła wzrok. Już po chwili odezwały się klaksony samochodów stojących w korku za autem księdza. Magda Ś. była jednak nieugięta. Po chwili spostrzegła jednak, że z kabiny przepuszczającego ja auta ktoś intensywnie do niej macha. Ugięła się, spojrzała i jej oczom ukazał się widok jeszcze gorszy niż poprzednio: na siedzeniu pasażera siedział Tomasz Terlikowski, który przyjaznym gestem, najprawdopodobniej nie poznając Magdy Ś. dzięki lekko przyciemnionym szybom, zapraszał ją do włączenia się w ruch. Ostatecznie nie wytrzymała i z piskiem opon ruszyła do przodu, a chcąc okazać swą wściekłość, otworzyła mimo jesiennego chłodu okna swego auta i włączyła na cały regulator radio Tok FM, gdzie Jacek Żakowski zaprosił akurat Adama Szostkiewicza na dyskusję na temat buddyzmu.
W radiowym serwisie informacyjnym przedstawiono wyniki raportu na temat budowy autostrad. Magda Ś. uspokoiła się już wtedy i zamyśliła nad przyczynami tak kiepskiego ich stanu. „Wszystko to przez katechezę w szkolę” - pomyślała. „Księża uczą dzieci przemocy, bo przecież katolicyzm zachęca mężów do bicia żon. W domu są tyranami; tam się wyżywają, a w pracy nie mają już siły pracować i dlatego nic nie wychodzi. Dlatego nie spocznę, aż to kobiety zaczną wreszcie pracować, a mężczyźni zostaną w domu i będą karmić piersią dzieci!”.
Eter opróżnił się już z Jacka Żakowskiego, a na antenie ulubionego radia Magdy Ś. pojawił się jej ulubiony utwór: „Imagine” Johna Lennona. Trasę na uniwersytet znała na pamięć, więc mogła teraz wyluzować się przez moment i zaczęła śpiewać tekst ukochanej piosenki. Przechodnie ze zdumieniem patrzyli, jak w pewnym momencie prowadziła auto z zamkniętymi oczami, śpiewając na głos: „ … and no religion, too!”.
Z błogostanu wytrącił ją nagle dzwonek tramwaju, w który niemal uderzyła. Tramwajarz pokazał jej gestem, co myśli o jej inteligencji, a Magda Ś. nie pozostała mu dłużna odkrzykując na cały głos: „Ty endeku! Ty faszysto!”. Zawsze, gdy używała tych inwektyw czuła w duszy pewne ukojenie. Tym razem była jednak bardziej szczęśliwa, gdyż w kabinie tramwajarza zobaczyła powieszony różaniec. Rzuciła więc na odchodne: „Katolicki kraj, a Auschwitz zbudowali!”.
Po chwili była już na terenie uniwersytetu. W drzwiach budynku swojego wydziału spotkała Tadeusza Bartosia, z którym przybiła sobie piątkę, wpadła na moment do instytutu Gender Studies, a potem podążyła już na swój wykład. Pod salą czekało już stado częściowo ogolonych na łyso i ubranych po męsku „buntowniczek”, które po nagrodzeniem jej wykładu owacją na stojąco udały się do pobliskiego lokalu, gdzie mogły przy piwie porzucać rzutkami w ustawionego pod ścianą tekturowego księdza.