poniedziałek, 1 lipca 2013

"Nie budujmy cywilizacji chrześcijańskiej" - przekonuje przeor dominikanów ze Szczecina.

W miniony weekend byłem w odwiedzinach u rodziny w Szczecinie. W niedzielę poszliśmy na Mszę do oo. dominikanów, gdzie niedawno zawitał nowy przeor - o. Maciej Biskup, który przybył do Szczecina z Poznania. W Poznaniu dał mi się wcześniej poznać z kilku spotkań i wypowiedzi jako energiczny krytyk "kościoła okopanego w bastionach wiary", wielki obrońca ks. Bonieckiego oraz prowadzący dialog ze środowiskiem Gwiazdy Śmierci.
Gdy zobaczyłem go sprawującego Mszę wiedziałem, że w czasie homilii może być ciężko, ale nie spodziewałem się aż takich fajerwerków. O. Biskup wygłosił kazanie, w czasie którego zachęcał (skądinąd słusznie) do porzucenia marzeń o budowanie porządku Bożego przy pomocy państwa, lecz jednocześnie wezwał do porzucenia chęci zbudowania ... cywilizacji chrześcijańskiej.
Zjawisko to było kuriozalne tym bardziej, że przecież Szczecin nie należy do naturalnego siedliska polskiego, ludowego katolicyzmu, lecz przoduje w dziedzinie sekularyzacji oraz lewicowych sympatii. Tymczasem można było odnieść wrażenie, że dominikanin jest przekonany, iż właśnie znalazł się w gnieździe integrystów, których musi koniecznie nawrócić. Błędna diagnoza.

O. Maciej Biskup dał swoim kazaniem najczystszej próby przykład katolicyzmu lewicowego, który uważam za chorobę równą katolicyzmowi prawicowemu. Jak wiadomo, prawicowy katolik (pobożny socjalista) chce, aby w dziele ewangelizacji posługiwać się państwem. Natomiast lewicowy katolik wyróżnia się tym, iż ewangelizacji przy pomocy państwa nie chce, lecz w zamian pragnie jak najsilniejszego państwa, które wręcz gnębiłoby katolików i czyniło ich męczennikami.
Katolik o lewicowych skłonnościach fascynuje się tym, że świat jest nastawiony wrogo do katolików, że czyni się coraz bardziej pogański i zamiast walczyć z państwem, które stanowi główny motor napędowy ziemskiego zła, toczy z nim nieustanny dialog. Jednocześnie czuje się wyraźnie lepszy moralnie od prostych integrystów, których utożsamia najczęściej z polityczną prawicą.
O. Biskup przedstawił w swoim kazaniu właśnie taką wizję katolicyzmu lewicowego, który zamiast walczyć ze złem państwa, grzechem homoseksualizmu, czy tez aborcji przyjmuje pozę bezradnego robaka, który leży na odwłoku i bezradnie macha kończynami w sytuacji, gdy wiara jest zagrożona.

O. Biskup wyraził przekonanie, że prawdziwe chrześcijaństwo to chrześcijaństwo ofiary i męczeństwa, lecz problem polega na tym, że on wcale go nie proponuje. Jego chrześcijaństwo ma więcej wspólnego z masochizmem, bo czy za męczeństwo można uznać postawę aktywnego poszukiwania własnej szkody ze strony przeciwników? O godnej pochwały ofierze i męczeństwie będziemy mogli mówić dopiero wówczas, gdy podejmiemy aktywną walkę ze współczesnymi zagrożeniami wiary, nie wtedy, gdy sami w podskokach rzucimy się w objęcia naszych oprawców.
Wizja chrześcijaństwa, o której usłyszałem w Szczecinie z ust dominikanina jest mi całkowicie obca.

Największym problemem katolików jest dziś to, że spora część z nich niezmiennie brnie w objęcia jednego z dwóch błędów, które wynikają z niewłaściwego zrozumienia natury państwa. Z jednej strony mamy katolików prawicowych, którzy dążą do państwa, w którym katolicyzm miałby zagwarantowane przywileje i byłby uznany za religię państwową. Pragną przywrócenia dawnego porządku, gdy Kościół żył w symbiozie z instytucjami władzy świeckiej. Z drugiej stromy mamy zaś katolików lewicowych, którzy wprawdzie krytykują prawicowy integryzm, ale jednocześnie nie podejmują żadnej walki z państwem, które traktują nieraz za większe dobro niż Kościół. Pragną, aby Kościół stopniał liczebnie gdyż liczą, że wówczas stanie się instytucją elitarną, dlatego wielu z nich z aktywnie popiera ruchy sekularyzacyjne, a nawet antykościelne.
Tymczasem katolicy powinni być libertarianami. Odrzucić prawicowe i lewicowe przesądy i konsekwentnie sprzeciwiać się państwu. Gdyby zrozumieli, że to państwo jest złem, a nie inni wierzący o innej orientacji politycznej, może wówczas oszczędzone by nam było wysłuchiwanie kazań o jednoznacznym wydźwięku politycznym.
Może wówczas nie musiałbym krytykować ojca, który jest zapewne gorliwie wierzącym i dobrym człowiekiem, a który mimo to próbuje się odnaleźć po jednej ze stron wzniesionej przez państwo barykady dzielącej Lud Boży.